Zmierzch: Księżyc w nowiu
Nowości kinowe, Recenzje filmów
28 grudnia 2009 | 5:57
Miłość wszystko zwycięży
Kontynuacja wielkiej miłości zwykłej śmiertelniczki i przystojnego wampira, miłości, która nosi brzemię zakazanego owocu i która zapewniła odtwórcom głównych ról status najbardziej pożądanych nastoletnich gwiazd. O co chodzi tym razem?
Bella Swan (Kristen Stewart) i Edward Cullen (Robert Pattinson) są parą. Ich miłość kwitnie. Jedyną przeszkodą do pełni szczęścia zdaje się tylko nieubłagany upływ czasu, o którym Belli przypominają zbliżające się urodziny. Żyjąc ze świadomością, że z dnia na dzień robi się starsza, popada w paranoję, wyobrażając siebie za kilkadziesiąt lat jako staruszkę u boku wiecznie młodo wyglądającego Edwarda. Ostatnią rzeczą, o której teraz marzy, jest świętowanie osiemnastych urodzin. Pomimo dużej niechęci dziewczyny wobec tego nieuchronnie nadchodzącego dnia, siostra Edwarda, wampirzyca Alice (Ashley Greene), postanawia wyprawić Belli przyjęcie, po którym życie głównych bohaterów niespodziewanie ulega diametralnej zmianie. Edward opuszcza Bellę twierdząc, że jej nie kocha, Bella popada w stan emocjonalnego odrętwienia, depresji, a pomocną dłoń wyciąga do niej jej przyjaciel Jacob (Taylor Lautner). Dlaczego Edward zdecydował się na tak radykalny krok i czy Bella jest mu rzeczywiście obojętna? Czy Bella poradzi sobie bez Edwarda? Czy odwzajemni uczucie, którym darzy ją Jacob? Jaką mroczną tajemnicę skrywa jej przyjaciel? Cała masa pytań i tylko 130 minut na uzyskanie odpowiedzi.
W związku z tym, że nie czytałam ani Zmierzchu, ani kolejnych części tej sagi, nie mogę porównać obrazu, który ujrzałam w kinie z historią opowiedzianą w książce przez Stephanie Meyer. Niemniej jednak każdy medal ma dwie strony, a plusem mojego nie zaznajomienia się z twórczością Meyer jest fakt, iż film widziałam oczyma bezstronnego widza, który poświęcił jeden ze swoich wieczorów po to, by zobaczyć, jak dziś realizowane są filmy o wampirach. Z uwagi na to, że nie zostałam omamiona przez trwającą od jakiegoś czasu sprytną machinę marketingową promującą Zmierzch, trzeźwym okiem mogę przystąpić do ocenienia rzeczywistej wartości tego filmu.
Po obejrzeniu pierwszej części sagi miałam bardzo mieszane uczucia, kompletnie nie rozumiałam fenomenu tej historii. Dlaczego cały świat nagle oszalał na punkcie Belli i Edwarda? Dopiero Księżyc w nowiu rozwiał moje wątpliwości. Na sukces Zmierzchu złożyła się przede wszystkim niezwykle romantyczna fabuła, która łączy w sobie sentymentalizm Jane Austen z tragizmem Szekspira. Oto główna bohaterka zostaje wplątana w miłosny trójkąt pomiędzy przystojnym, szarmanckim Edwardem, który niczym pan Darcy jest niedoścignionym ideałem mężczyzny, a wesołym i porywczym Jacobem, któremu brakuje wdzięku, klasy i ogłady swojego rywala, ale pomimo tego ma to „coś” w sobie. Obydwoje bezgranicznie kochają Bellę, a teraz, gdy Edward odszedł, Jacob stara się wykorzystać swoją przewagę w walce o serce panny Swan. Dziewczyna tymczasem wplątuje się w całą masę niebezpiecznych sytuacji, żeby dzięki temu ściągnąć z powrotem Edwarda i udowodnić sobie, że on ją nadal kocha. Na tle życia uczuciowego współczesnego społeczeństwa, dla którego zmienianie partnerów jak rękawiczki należy do codziennych praktyk, a od namiętności i prawdziwego uczucia bardziej liczy się dobry sex, co stało się wręcz myślą przewodnią kultowego serialu z Sarah Jessicą Parker Sex w wielkim mieście, historia zawarta w Zmierzchu to naprawdę niecodzienne zjawisko. Bella ma zaledwie osiemnaście lat, a już wie, że spotkała miłość swojego życia, miłość, o którą za wszelką cenę będzie walczyć, nie bacząc na przeciwności losu, miłość, która ma szansę przetrwać wieki. I w tym miejscu najlepszym komentarzem byłoby słynne „Awwwww” amerykańskiej widowni, bo czy nie jest to najbardziej czarująca, romantyczna, współczesna historia o miłości? Owszem, jest. A największym plusem jest towarzysząca jej przepiękna, przejmująca, epicka muzyka Alexandre’a Desplat, która dzięki typowym dla tego kompozytora ciężkim brzmieniom smyczków niezaprzeczalnie tworzy wyjątkowy, trochę nostalgiczny i lekko mroczny klimat wampirzego love story, a swoim sentymentalnym charakterem przywodzi na myśl raz senne, raz ponure melodie przewijające się w znanych i już określonych mianem kultowych filmach o wampirach. Desplat dźwiękami maluje nam opowieść o wiecznej miłości, pragnieniach, pożądaniu, a dzięki nawiązaniu do klasyki gatunku w jego muzyce słychać domieszkę melodii Elliota Goldenthala z Wywiadu z wampirem (1994), wzbogaconą o mroczne dźwięki Wojciecha Kilara z Draculi Francisa Forda Coppoli (1992) i okraszoną szczyptą twórczości Johna Williamsa w postaci inspiracji ścieżką dźwiękową, skomponowaną przez niego na potrzeby Draculi Johna Badhama (1979).
Ta magiczna opowieść o miłości pomiędzy przedstawicielami dwóch tak różnych światów, ludzi oraz wampirów, ma niesamowicie olbrzymi potencjał. Szkoda więc, że reżyserowi kolejnej części tej sagi – Chrisowi Weitzowi, podobnie zresztą jak wcześniej Catherine Hardwicke, nie udało się jej przekonująco przełożyć na ekran. Przede wszystkim razi nieudolne aktorstwo głównych bohaterów. Rozumiem, że wielu fanów sagi już się do nich przywiązało i trudno byłoby ich zastąpić innymi aktorami, chociażby z uwagi na kult osoby Pattinsona, który narodził się zaraz po wejściu na ekrany kin Zmierzchu. Zdaję sobie też sprawę z tego, że Chris Weitz nie należy do wybitnych reżyserów. Skoro jednak podjął się – i to z dobrym skutkiem – wyreżyserowania filmu Był sobie chłopiec (2002) i podczas pracy nad różnymi obrazami miał okazję przyglądać się grze aktorskiej prawdziwych profesjonalistów z Hugh Grantem, Scarlett Johansson czy Evą Green na czele, powinien bez problemu uporać się z Kristen i Robertem, naprowadzając ich na właściwe tory. Kristen Stewart jest dobrą aktorką i wszyscy, którzy widzieli ją partnerującą Jodie Foster w filmie Azyl, potwierdzą moje słowa. Pattinson nie zagrał dotychczas żadnej szczególnej roli, ale jest na swój sposób intrygujący. Obydwoje są młodzi i dopiero zaczynają swoją karierę. Uważam więc, że to w gestii reżysera leży wydobycie tlących się w nich iskierek talentu, a następnie rozniecenie ich do granic możliwości. Chris Weitz nie sprostał temu zadaniu. Szybko ugasił znajdujący się w tych młodych aktorach potencjał. Nie dopieścił go jak Gepetto Pinokia i zaserwował widzom bezkształtne, nieociosane kołki, jeden bardziej drętwy od drugiego, co sprawia, że zarówno Kristen Stewart jak i Robert Pattinson wydają się być kompletnie nie trafioną inwestycją. Pozostaje mieć nadzieję, że David Slade – reżyser trzeciej części sagi – bardziej przyłoży się do powierzonego mu zadania, dzięki czemu Bella i Edward nie będą przechodzić orgazmu podczas zwykłego pocałunku i zaprezentują nam szerszy wachlarz uczuć, malujących się na ich twarzach. Póki co znamy jedynie wyraz wiecznego niezadowolenia zmieszany z wielkim zdezorientowaniem.
Dużym zaskoczeniem jest postać grana przez Taylora Lautnera, wyglądem przypominającego jedno z cudownych dzieciąt Disneya, które poza śnieżnobiałym, trochę głupkowatym uśmiechem nie ma nam nic do zaoferowania. Na szczęście nie jest on kolejnym członkiem formacji Jonas Brothers, a naprawdę dobrze zapowiadającym się aktorem. To on, a nie Kristen czy Pattinson, powinien stać się obiektem kultu nastoletnich fanek sagi, ponieważ rola Jacoba należy moim zdaniem do jednych z lepiej zagranych w tym filmie. Sprawa dotyczy też reszty postaci, dla których Kristen i Pattinson są tylko tłem. Przede wszystkim świetnie obsadzono całą rodzinę Cullenów. Dr Carlisle Cullen (Peter Facinelli), jego żona Esme (Elizabeth Reaser) oraz dzieci: Alice (Ashley Greene), Emmett (Kellan Lutz), Rosalie (Nikki Reed) i Jasper (Jackson Rathbone) tworzą wyjątkowo dopasowaną rodzinę. Wszyscy grają na wysokim poziomie, pomimo tego, że bogatym bądź ciekawym dorobkiem artystycznym mogą poszczycić się tylko trzy osoby z tego kręgu – Peter Facinelli, Nikki Reed (świetna rola w Trzynastce!) i Elizabeth Reaser. Zwłaszcza Facinelli sprawia, że ilekroć spojrzę na dr Cullena przechodzi mnie lekki dreszczyk. Carlisle jest niesamowity – to spojrzenie, ten sposób mówienia, poruszania się… Od czasów Wywiadu z wampirem (1994) to jeden z ciekawszych przedstawicieli tego gatunku. W olbrzymie osłupienie wprawiła mnie również młodziutka Dakota Fanning, która na ekranie pojawiła się przez chwilę w końcowych scenach. Wampirzyca Jane w jej wykonaniu była fenomenalna. Zatrudniając do tej produkcji aktorkę, która pomimo swojego młodego wieku współpracowała już z Denzelem Washingtonem, Kurtem Russelem, Tomem Cruisem, nie zapominając przy tym o jej rewelacyjnym występie u boku Michelle Pfeiffer i Seana Penna we wzruszającym obrazie Sam (2001), twórcy filmu po raz kolejny obnażyli albo brak odpowiednich umiejętności aktorskich, albo kiepskie przygotowanie do roli duetu Pattinson i Stewart. I po raz kolejny nasuwa się pytanie – kto tu jest dla kogo tłem? Ostatnią perełką Księżyca w nowiu jest postać wampirzycy Victorii, granej przez Rachelle Lefevre, która pojawia się na ekranie tylko kilka razy, nic nie mówi, ale mimo to bijąca z jej oczu nienawiść i żądza zemsty wprowadza atmosferę zamętu i grozy. Strasznie więc żałuję, że twórcy Zaćmienia, głusi na protesty fanów, postanowili zastąpić ją inną aktorką. Nikt nie rozumie ich decyzji, ale cóż – show biznes rządzi się swoimi prawami.
Księżyc w nowiu ma niesamowitą fabułę, w większości świetnie skompletowaną obsadę, więc dlaczego nie powala z nóg? Co jest nie tak? Wydaje mi się, że wszystkiemu winny jest pośpiech. Ledwie z ekranów naszych kin zszedł Zmierzch, a już pojawiła się druga część sagi, a na 2010 rok zapowiadana jest kolejna. Jestem przekonana, że to on sprawia, iż kolejny reżyser nie przywiązuje wagi do szczegółów, bo po co? Bella i Edward mają przecież rzesze oddanych fanów na całym świecie, film i tak zarobi wiele milionów dolarów już podczas pierwszych dni wyświetlania go w kinach. Tym razem, dysponując większym budżetem, postawiono uraczyć widzów większą ilością efektów specjalnych, co miałoby odwrócić uwagę od nieudolnej gry aktorskiej Pattinsona i Stewart. Szkoda. Diabeł tkwi w szczegółach, a te rażą już od pierwszej sceny sprawiając, że Zmierzch nigdy nie będzie postrzegany jako dobry film o wampirach, lecz jako maszynka do zarabiania pieniędzy, którą starano się wycyckać do dna. Efektem takiego podejścia do realizacji tego filmu są przede wszystkim kiepskie dialogi oraz sceny, które wywołują na sali salwy śmiechu, podczas gdy powinny np. wzruszać. Mnie najbardziej rozbawiła wizja Alice, w której Edward i Bella – już jako wampirzyca – biegną sobie szczęśliwie przez las. Przywodzi ona na myśl scenę otwierającą drugą część przygód Bridget Jones i – szczerze mówiąc – wydaje się być parodią snu Bridget, w którym ona i Mark Darcy wyglądają jak bohaterowie żywcem wyjęci z jednej z książek Jane Austen. Tego rodzaju scen jest jednak w filmie więcej, przez co widz jest wielokrotnie zbijany z tropu. Bo w końcu czy ma do czynienia z romantyczną historią o miłości, która powinna wzruszać, czy może z pierwszoligowym pastiszem tego rodzaju opowieści?
Księżyc w nowiu niemiłosiernie się dłuży, czasem działając wręcz usypiająco. Plusem tego obrazu są więc spektakularne walki z udziałem wilkołaków, które przełamują nudę i pozwalają dotrwać do końcowych scen, w których akcja na szczęście nabiera tempa i wyraźnie zainspirowana historią Romea i Julii na nowo ożywia wygasłą do tego czasu dramaturgię. Widz wychodzi więc z kina pozornie usatysfakcjonowany i niezmiernie ciekawy, jak tym razem potoczą się losy Belli i Edwarda. Istne deja vu, bo czy nie takie były Wasze odczucia po obejrzeniu pierwszej części sagi, w której wieje nudą przez cały film, a dopiero końcówka staje się obietnicą intrygujących i mrożących krew w żyłach dalszych losów głównych bohaterów? Drugi raz nie dam się nabrać na te puste obietnice ze strony twórców i zamiast iść do kina na Zaćmienie, z przyjemnością zagłębię się w książki Stephanie Meyer. Bądź co bądź historia Belli i Edwarda jest niezwykle romantyczna, a ja niczym nie odstaję od reszty dziewcząt, uwielbiających opowieści o pięknym księciu na białym rumaku, który wybrance swojego serca wywraca życie do góry nogami.
Anita Boharewicz
Zwiatun filmu możesz obejrzeć TUTAJ!
Saga „Zmierzch”: Księżyc w nowiu (Twilight Saga: The New Moon)
reż. Chris Weitz, wyk. Robert Pattinson, Kirsten Stewart, Taylor Lautner, Dakota Fanning i in.
USA 2009, premiera polska: 20.11.2009


