Amerykańskie ciacho
Nowości kinowe, Recenzje filmów
25 grudnia 2009 | 6:18
Wdzięki bez wdzięku…
Są powody, dla których ten film może się wydawać niezłą rozrywką. Nawet niezbyt udany trailer nie stanowi jeszcze wystarczającego ostrzeżenia… Ale już kwadrans seansu wystarczy, żeby porzuci wszelką nadzieję i zacytować klasyka: toż to „ruja i poróbstwo”!
I chociaż nie idzie tym razem o ocenę modernistycznego repertuaru teatralnego, tylko o „odważny” produkt hollywoodzki, to cytat wydaje się bardzo na miejscu. Oddaje trafnie zażenowanie i obrzydzenie, jakie zapewnia nam film Davida Mackenzie. Odważnie miało być z kilku powodów. Po pierwsze temat: historia współczesnego, amerykańskiego żigolo, dla którego celem życia jest pławienie się w bogactwie swoich dam. Po drugie – nietypowe dla kina rozrywkowego wykreowanie bohatera niesympatycznego. I to nawet mogło się udać, zważywszy na temat i wpojone ludzkości przekonanie, że każdy tak naprawdę szuka prawdziwej miłości. Nikki, szczery i cyniczny jednocześnie, nie ukrywa, że szuka głównie łatwego życia u boku pięknej i zamożnej kobiety, której w zamian oferuje swoje wdzięki. I to wszystko wydaje się pomysłem co najmniej interesującym, mocno skontrastowanym z praktyką hollywoodzkich wytwórni, świeżym, ożywczym podmuchem na tle kolejnych love story z happy endem.
Ale się nie udało, niestety. Nie można być sługą dwóch panów – i dobry pomysł musiał pójść na zbyt wiele kompromisów. Nikki został obdarzony ciałem i brakiem talentu Ashtona Kutchera. Owszem, są wdzięki – ale bez wdzięku, bez polotu, bez tej iskry i uroku, bez których żaden romans nie może się nawet zacząć. Kutcher prezentuje się najlepiej na plakacie, kiedy nie musi grać – ma tylko wyglądać. Mocno to więc podejrzane, że zdobywa takie powodzenie. Nawet nieźle rozpoczęta fabuła zaczyna się dłużyć niemiłosiernie, kiedy pojawia się Ona (Margarita Levieva). Od tego momentu dominuje wątek czystego i pięknego uczucia, owiany mrokiem tajemnicy (bo czym Ona się naprawdę zajmuje, może przeczuć tylko przenikliwy widz – nasz bohater będzie długo odkrywał prawdę…). Nawet „cięte” i „pyskate” dialogi nie są w stanie tego piękna zagłuszyć. I tak sobie są i nie są razem, kłócą się i kochają, szukają i znikają etc. W tej części filmu napięcie jest zerowe, więc jeśli ktoś znajdzie się na seansie, może spokojnie wyłączyć się z toku akcji.
Oczywiście zakończenia nie zdradzę. Tym razem jednak to kino romantyczne musiało pójść na kompromis z bolesną prawdą życia. Czy jednak niczego dobrego nie da się o Amerykańskim ciachu powiedzieć? Z pewnością nie o aktorstwie Kutchera, które jest tak wspaniałe, jak polski przekład tytułu. Jeśli już są momenty, na które patrzymy z zainteresowaniem, to tylko te, gdy na ekranie pojawia się Anne Hetche w roli bogatej, pełnej sukcesów zawodowych i samotności protektorki Nikkiego.
Film zawodzi, bo stwarza nadzieję, że pokaże całą bezwzględna prawdę o graniu ludzkimi uczuciami, o manipulacji, o fałszywej miłości, która jest tylko cennym towarem w świecie zupełnie pozbawionym uczuć. Miało także być o układach damsko-męskich, które mają jasny i nieskomplikowany cel. Z tego ostatniego zostały dość odważne układy gimnastyczne, które pozwalają film klasyfikować jako „tylko dla dorosłych”.
A o blaskach i cieniach bycia żigolakiem, o motywach, o osobowości – niewiele, prawie nic.
MT
Amerykańskie ciacho (Spread)
reż. David Mackenzie, wyk. Ashton Kutcher, Anne Heche i in.
USA 2009, polska premiera 4.12.2009


